Bufor

Czasem potrafimy być przynajmniej w dwóch miejscach na raz. Fizycznie tu i teraz, co odbieram swoimi zmysłami, co robię oraz emocjonalnie w zupełnie innym miejscu, z kimś bliskim, w domu z rodziną, może na drugim końcu świata. Do tego Wymiar czasu i miejsca nie muszą się pokrywać.

Tempo w Polsce jest niekiedy tak szybkie, że nie ma czasu na spokojne planowanie. Będąc w pracy, zamawiasz online kurtkę dla dzieci, bo przecież nie ma kiedy kupić, umawiasz pana od rolet do okien, reklamujesz lodówkę. W domu piszesz pracowe maile bo w pracy nie ma czasu. https://youtu.be/lRRKI0bxlxM
Ciało tu, głowa tam, serce gdzieś jeszcze. Taki to człowiek sprawny :), choć nie zawsze udaje się jednemu nadążyć za drugim.

Wyjątkowe chwile, gdy udaje się wszystkim człowieczym elementom być razem, zostają w głowie na długo.

Kilka lat temu koleżanka podróżniczka przedstawiła mi swoją zasadę, żeby w obrębie Europy nie latać samolotem, tylko podróżować pociągiem – to daje czas emocjom nadążyć choć trochę za przemieszczającym się ciałem, gdy to zatrzyma się na kilku stacjach po drodze, powącha zmieniające się powietrze, usłyszy inny akcent w głosie. Tak gospodarować swoim czasem, żeby nie lecieć na złamanie karku, tylko móc być tu i teraz.

Cwaniara, mieszka w Szwajcarii, pośrodku Europy ;).

Z CAR do Warszawy czekała nas długa samolotowa przeprawa z kilkoma buforami po drodze.

W niedzielę na mszy kościół pełen. Przepiękne śpiewy z klaskaniem, feeria barw w strojach przemieszana z zakurzoną jedyną posiadaną koszulką z darów, laczki second hand, chińskie porwane klapki, boso, dzieci z przodu, Pigmeje wciskają się niepewnie między wioskowych jeśli jest jeszcze kawałek miejsca do siedzenia, kobiety i mężczyźni siedzący raczej osobno, choć dla spóźnialskich nie ma już wyboru, więc sie towarzystwo miesza, dzieci małe zajmują się swoim jeszcze młodszym rodzeństwem, wynoszą w chustach gdy płacze. Ksiądz Marek z ministrantami i lektorami z przodu. Ja umiem tylko początek Ojcze Nasz: Baba ti e so mo yeke na yayu. Nie szkodzi.

Po mszy świętej wezwani do przodu, dostajemy oklaski od całej społeczności w podziękowaniu za pracę, aż uśmiech sam wychodzi na wierzch i coś tam ściska w środku. Do tego piękne podarki, m.in. długaśna dzida, która będzie musiała zostać w Bagandou, bo nie ma jak jej spakować do bagażu. Emilka przez mikrofon ogłasza, że teraz zamiast leczyć, idzie na polowanie i wszyscy w dobrych humorach idą celebrować niedzielę.

Pożegnanie ze szpitalem: odwiedziny w skrzydle pediatrycznym. Niektóre mamy są tam z dziećmi już tak długo, że zdążyły się poznać nasze imiona. Niektóre dzieci bardzo chore (choć poza niedożywieniem zasada potencjału na życie taka sama jak w PL: dzieci są silne, chorują piorunująco i piorunująco zdrowieją), niektóre tylko trochę, jeszcze inne zdrowe, ale są przy mamie i z rodzeństwem, bo przecież kto się nimi zajmie? Mężczyźni niekoniecznie, oni mają inne zadania w życiu, np. picie wina kokosowego z kolegami pod drzewem. Ula, Ewcia – fura zabawek i pluszaków od Was poszła w ruch (część rozdaliśmy wcześniej, część została dla kolejnych amatorów). Ogromna radość w oczach, tylko jeden mały gość płakał na widok misia ;). Spotkaliśmy też szczęśliwą mamę z dwudniowymi bliźniakami (chłopiec i dziewczynka – dwujajowe bliźniaki = najbezpieczniejsze ciąża bliźniacza, siostra Rita mimo malarii prawie przykuwającej ją do łóżka i chininy dożylnie pomogła im przyjść na świat, rozsądna mama przyszła do szpitala na poród). Byliśmy trochę mniej straszni niż na początku, więc mogliśmy podejść bliżej dzieci. Wiecie, że tutaj diabeł przedstawiany jest jako biały? Zaprezentowałam starszym dziewczynkom klockową wersję gry w kółko i krzyżyk (tą od Was, Malgosia&Ju&Olga), złapały w mig. Mam nadzieję, że ich młodsze rodzeństwo nie zje części. Ostatnie pożegnanie z dyżurującym personelem (Stani i Ferdinand – cały anestezjologiczny team razem ;D) i w drogę!

Prom przez rzekę Lobaye (brudna przypływa z Kamerunu) – zarządzany przez lokalnych mężczyzn po obu stronach rzeki, zapłać za transport a oni pirogami przepłyną na odpowiednią stronę, aby móc ciągnąć stalową linę. Mieszczą się dwa samochody. Deski się wyłamują, niekoniecznie uzupełniane na bieżąco, więc ks. Marek rozsądnie podrzuca odpowiednią ilość budulca, żeby zapewnić funkcjonowanie przeprawy.

Droga powrotna jakby krótsza. Może to stan nawierzchni – tym razem od totalnych dziur i wyzwań dla podwozia w stronę asfaltu i szeroko wycietego pobocza. Może to mniejszy strach przed podróżą – już tu byliśmy. Może poczucie że tu już koniec..

Kilka godzin w terenowej Toyocie i jesteśmy w gorącym Bimbo, gdzie witają nas ks. Marek (tak, jest ich dwóch proboszczów – Bagandou i Bimbo), ks. Maksymilian i ks. Szymon. Ks. Paweł nieobecny – popłynął pirogą na kilka dni do buszu do wiosek wzdłuż rzeki Oubangi (przygody z pirogą, na szczęście cały i zdrowy). Dobry zestaw, co? 4x ksiądz + 4x lekarz, ale to nie koniec – wieczorem dołączają jeszcze Andrzej i Symeon – kapucyn i franciszkanin. No przebili nas! Odśpiewać w dziesięć osób Mazurek Dąbrowskiego w Republice Środkowoafrykańskiej na stulecie Polski – to jest coś. Sto lat, Polsko! Czyń dobro.

Bufor w Bimbo/Bangui to trochę więcej cywilizacji (tyle ludzi na ulicy! Można wszystko zdobyć jeśli porozmawia się z odpowiednią osobą za odpowiednią kwotę, wizyta na targu Artizana – “best price, ma Soeur (=siostro)” – jak biała to tylko zakonnica, po co inna by przyjeżdżała. Tak jak w szpitalu zawsze na korytarzu: “siostrooo” – “słucham, bracie”). Już tęsknimy do Bagandou, a to dopiero początek powrotu.

Nie pojechałam nad wodospad z Jayem i Alex (Water for Good i Yuhme), zdrowie nie pozwoliło (już wszystko zdrowieje, więc OK, ale to żelazna zasada w CAR – jak się słabo czujesz to nie przeciągaj struny bo nikt nie uratuje jakby co. Dziękuję lekarska ekipo muszkieterów za pozbieranie mnie z tego czegoś-nie-wiadomo-co + wsparcie księży) – wodospad na następny raz.

Zawsze jest to “następnym razem” – żeby było po co wracać do miejsc. Nie wiadomo, czy będzie okazja, ale zawsze pozostaje niedosyt miejsca, niedosyt ludzi, chciałoby się więcej, bardziej, inaczej… właściwie podejmując taką decyzję czujemy pod skórą, że następnego razu może nie być, ale stop, przecież nie można, a przede wszystkim nie trzeba zobaczyć i zrobić wszystkiego i ze wszystkimi – mózg ma nadążyć za ciałem, i niech jeszcze emocje dobiegną w tym wyścigu, bo się wszystko pogubi po drodze :).

Wtorek – ugniatanie walizek, rozkładanie kilogramów. Wraca z nami koagulacja, część drobnego sprzętu medycznego, przesyłki misyjne, materiały naukowe Emilii, dużo potencjalnie interesujących przedmiotów podczas kontroli bagażu. Każda walizka jest otwierana i sprawdzana – co masz, ile masz, czy na pewno możesz to przewozić… tak dobrze, że podróżujemy z człowiekiem, który umie obsłużyć cały ten skomplikowany system zagadywania, przekonywania czasem kremem do rąk, czasem pieniędzmi, czasem tabletkami na biegunkę, czasem oficjalnymi dokumentami… Pełen arsenał przygotowany, nigdy nie wiadomo co kogo lepiej przekona. 6-7x pokaż paszport i bilet, 3x kontrola osobista i już można się ładować.

AirFrance od czasów ostatniej rebelii postanowił nie spać w CAR, tylko lecieć tym samym składem do Kamerunu i dopiero tam zmieniać załogę, sprzątać pokład, ładować catering – przygotowywać samolot do kolejnego lotu. Już samo lądowanie o zmroku w Jaunde pozakuje jak ogromna przepaść cywilizacyjna dzieli te dwie oddalone od siebie jedynie o godzinę lotu stolice… wiem tyle – większość domów w stolicy ma światło, na ulicach widać duży ruch samochodowy, na lotnisku WiFi, toaleta… wystarczy. Te kilka godzin oczekiwania (kontrole osobiste, kontrole dokumentów..) to idealny czas, żeby zorientować się, że poza bogatszymi Afrykańczykami dużą część pasażerów stanowią pracownicy różnych organizacji pomocowych w CAR lub biznesmeni prowadzący interesy z zagranicą. E, częsty bywalec na tej trasie, rozpoznała pana, którego warto znać w Bangui. Spotkaliśmy Alex wracającą po tygodniowym o jeździe studni. Grupa ludzi z Lekarzy Bez Granic – złapałam jedną Rosjankę anestezjolożkę. Pracowala przez 3 miesiące na terenie konfliktowym: warunki bezpieczeństwa inne niż nasze, tak samo rodzaj operacji, ale też nie mieli aparatu do znieczulenia, więc anestezja regionalna gdzie tylko się dało (może następnym razem znieczulałabym podpajęczynówkowo… dzięki Justyna za wymianę doświadczeń i relację z Birmy na bieżąco :)).

Jaunde – Paryż – Warszawa.

Ciało wiem gdzie jest. Reszta? Jeszcze nie, gdzieśtam pewnie goni. Może dogoni… :).

P.S. Jeszcze kilka zaległych postów zawiśnie.

Advertisements

C’est fin? Ou debut?

– Mondziu – białas. Raczej obraźliwie. I tak pewnie już zostanie dla tutejszych mieszkańców, bo przecież oswoiliby się z misją prowadzoną tu od 20 lat…

– Lo tambula ijo – ta, która szybko chodzi. Tak ks. Wojtkowi opisali mnie pigmejscy pacjenci po pierwszym tygodniu naszej pracy. – Wyrywałam przed lekarski pochód w drodze do pracy (przygotuj, sprawdź, upewnij się, już już). K& P& E, doświadczeni, powtarzali – nie spiesz się, to niezdrowo w takim klimacie. Praca nie zając, nie ucieknie, a poza tym wszyscy tu działają w zwolnionym tempie (personel, pacjenci, ich choroby), nawet na pacjentkę do cięcia cesarskiego czekaliśmy 30 minut! Czy jej dziecko przeżyłoby, urodzone pół godziny wcześniej? Nie wiadomo, rodziła nieskuteczne jiz od 2 dni. Rzeczywiście, rozejrzyj się, chociażby Joana, nasza kucharka – wysłana na targ, rusza statecznym krokiem, wszystkie ruchy wykonuje z godnością, jak dama. Pacjent wezwany na blok operacyjny, idzie się umyć, na siusiu, przebrać się – na jak w Polsce :). Pielęgniarze sączą kawkę, jest spokój.

Dziś ostatni dzień pracy i wiecie co? Szliśmy w pochodzie, nauczyłam się 🙂 Wolny, szacowny krok, przemyślany. Kto wie, może to mi zostanie, będę mniej irytować swoje otoczenie ;). – jak w czasach sprzed moich początków: “Na lekarza trzeba poczekać” 😉

Ostatnia operacja na dużym bloku: plastyka przepukliny pachwinowej. Pacjent spokojny, uśmiechnięty. Powiedział (jeszcze przed midazolamem!), że to ważne, że tu przyjechaliśmy, i żebyśmy przyjechali jeszcze raz. Ha! Dobrze ustawiona głowa mimo 60 lat (przepraszam zainteresowanych, ale tutaj to podeszły wiek), nic go nie bolało (Kasia :*), do sedacji dostał tylko kropelkę leków, bo w pewnym momencie poprosił o drzemkę.

Nie zgodził się na wcześniej zaplanowane równoczesne wycięcie dużego tłuszczaka ramienia, bo, jak stwierdził, to jego rodzinny znak, tata też taki ma.

Po południowej małej chirurgii porządki, zbieranie leków i sprzętu, który albo musimy zwrócić albo bez sensu go tu zostawiać bez naszej obsługi. Spokojna głowa, koncentrator tlenu i monitor już przyrosły do sali :).

Na pożegnanie operatywy – po zachodzie słońca księżyc znów pokazujący się na niebie i cykady rozkręcające wieczorną melodię.

Jeszcze jutro pożegnanie ze szpitalem, niedzielny event przed wyjazdem i pogadanki z ks. Markiem na zieloną noc. Jutro do Bimbo..

Co dalej? Zobaczymy. Głowy tętnią (moja trochę przez zdrówko), zobaczymy co wykiełkuje, ale to pewnie nie koniec 🙂

Dobrego stulecia jutro!

Perspektywa

Zoom in, zoom out.

Think globally, act locally.

Act on reality, in reality.

Coście uczynili jednemu z braci mych najmniejszych…

etc. etc. etc.

Te hasła przewijają się przez życie w różnych odsłonach, cieszy możliwość stosowania ich na co dzień.

Dziś po wieczornym o chodzie spotkaliśmy ekipę https://waterforgood.org/ +
https://yuhme.se/ goszczącą na noc u ks. Marka. WaterForGood nie tylko kopie studnie głębinowe w CAR od 2004r., ale też naprawia je na bieżąco, angażując lokalne grupy pracowników :). Robią jutro przegląd sezonowy. Yuhme produkuje butelki z trzciny cukrowej (podobno bardzo dobrze sprzedają się w m.in. PL :)) i od każdej działkę odpala na WaterForGood, wizyta zapoznawcza z krajem.

A my – act locally :).

1. Plastyka przepukliny pachwinowej. 2. 2w1: Przepuklina + operacja niezastąpionego jądra u 32-latka. Nie ma dzieci, pewne cechy niedoboru testosteronu, długo wahał się przed podjęciem ostatecznej decyzji o operacji (2 tygodnie), ale cieszymy się, że przyszedł, dzięki temu zmniejsza się u niego ryzyko nowotworu. O równowadze hormonów płciowych u kobiet i mężczyzn rozmawiałam z moim dzisiejszym współznieczulaczem Ferdinandem. On wie jak jest, sam ma siódemkę dzieci (jest jedynakiem, tata umarł, więc postanowił nadrobić, zuch). Na szczęście ma fuchę anestezjologiczną, nie chirurgiczną – może całymi dniami siedzieć na stołku i odsypiać ciężkie życie rodzinne ;). Ciekawe ile rozumie z tych moich wywodów mieszanki angielskiego, francuskiego, migowego i sango…
Podczas konsultacji dziś w USG całkowita niedodma środkowego i dolnego płata lewego płuca z towarzyszącą niewielką ilością płynu w opłucnej. Do tego płyn w osierdziu i rozpoczynający się płyn okołowątrobowo. Klinika – pacjentka ~55-60-letnia z niewielką dusznością, pojedynczymi świstami, ściszeniem P, chudnąca od 8 miesięcy… albo gruźlica albo… A może by zacząć w USG oglądać gruźlicze płuca? Oglądacie może?

Przedostatni dzień w szpitalu – przed wejściem oczywiście czarno od ludzi (rodzino, korona za suchar dla mnie) – Kasia z tłumem. Nie zdążymy ich wszystkich skonsultować i ew. zoperować. Za późno się zdecydowali…

No i udało mi się w końcu złapać kapciochy Staniego-modnisia :).

3…2…1…

Odliczamy dni do końca naszego pobytu a Bagandou. Jeszcze tylko piątek i sobota operacyjne. Tak jak przewidywała bardziej ode mnie doświadczona cześć ekipy – na koniec dopiero ludzie przekonują się, że nie gryziemy i dobrze wykonujemy swoją pracę, więc zaczynają się schodzić. Zmieniamy rękawiczki, myjemy ręce, nie upuszczamy 3 litrów krwi z człowieka jeśli nie trzeba, dbamy o pacjenta. Pacjent niezawsze ma rację, lekarz niezawsze ma rację, ale jest OK jeśli mają czas, żeby spróbować się dogadać.

Rób tak jak sam chciałbyś, żeby Ci robiono, gdybyś to Ty był pacjentem. Bardzo się cieszę, że i tu i w PL mam warunki do tego, żeby postępować według tej zasady.

Dzisiejsza operacja tarczycy to znowu wyzwanie (znowu inne), ale OK. Pacjentka – 22-letnia siostra jednego z pielegniarzy, przyszła wczoraj przestraszona na konsultację, na której dowiedziała się, że tak, robimy, jutro, że może się stać nic złego albo wszystko co najgorsze. Też bym się bała. Dziś rano, gdy usłyszała swoje imię i “dzień dobry, jak się masz, czy dobrze spałaś” w swoim języku, szejk hend, uśmiechnęła się szeroko i ochoczo zabrała się za karmienie 1,5 rocznego synka przed wezwaniem na blok. That’s how we do it! Po operacji trochę jeszcze skołowana ale to nie szkodzi, wieczornym karmieniem zajęła się żona brata – that’s how they do it! I gdy dochodzisz do siebie, widzisz wokół kupę rodziny rozbijającą biwak przy Twoim łóżku i pilnującą na zmianę 🙂

Pozostałe dwa zabiegi też bez trudności – Kasia miała trochę stresu z operacją VIP (wiadomo – VIP to VIP), a ja po znieczuleniu do zabiegu proktologicznego wysłuchałam solówki kościelnych śpiewów w Sango :).

Dziś bez tytułu, weny (zdradliwa, wiadomka) i szybciutko:

Duch w narodzie po szkoleniu urósł. Zrobiłam ćwiczenia praktyczne ze sprzetu jeszcze 2 osobom, które zostały po operacji. Zespół szpitalny w dobrych humorach po warsztatach – chyba dzięki Emilii doszło do nich, że my nie ubijamy żadnego interesu, będąc tu, przyjeżdżamy do pracy jako wolontariusze i jesteśmy po to żeby pomóc a nie zamęczyć codzienną pracą na bloku i niepotrzebną eksploatacją sprzętu i leków. Pozostała część szpitala pracuje normalnym rytmem – skrzydło pediatryczne, skrzydło chirurgiczne, “R-ka”, apteka, administracja i kuchnia z ogniskiem, gdzie woli przesiadywać pigmejska część społeczności (duży podział klasowy, wciąż za mało wiem żeby się wypowiadać).

Żadne z nas nie lubi przychodzić do pracy i zbijać bąki, to koszmarnie demotywujące, więc cieszymy się, że udało się znaleźć pacjentów do operacji: wole tarczycy (jak to Paweł powiedział, takie “polskie” wielkością, co wcale nie znaczy, że łatwiejsze) + 2 zabiegi w ramach małej chirurgii: polip tyłu człowieka + na deser zabieg VIP – tłuszczak przedramienia u siostry dyrektorki szpitala ;).

Dziś: plastyka przepukliny pachwinowej (technicznie – oczywiście wyzwanie dla chirurgów, ale machnęli to) u pracownika odległej o 10km kopalni diamentów.

Wielki świecie, co Ty robisz temu krajowi. Czekam niecierpliwie, aż wytłumaczy mi się jaka idea od góry przyświeca decyzjom dot. ludzi i przyrody tutaj. Konfrontacja wielkiego świata decydentów z mrówczą pracą u podstaw tych, co znają codzienne realia I tych, którzy, wykorzystywani, uczą się jedynie wykorzystywać. Czekam ;).

Dla pacjenta – dobrze, że zdecydował się na operację, może być niemilo przez pół roku ale potem będzie lepiej + zakaz dźwigania 4-6 tyg.

Dla mnie – jeszcze jeden USG-guided TAP block, więc milutko.

Dobranoc, pchły na noc. Karaluchy pod poduchy a szczypawki do zabawki. – pchły pogryzly Kasię przez pierwsze 3 noce; o karaluchach już chyba było, ale dorzucę jeszcze te maluchy z porannej kawy; szczypawki niech siedzą spokojnie ns swoich miejscach.

Stagnacja Formacja Edukacja

Non progredi est regredi / Rozwój naukowy / Co zrobić gdy swędzą Cię ręce klinicysto, a nie ma co pokroić.

Najłatwiej jest kroić kiszkę, wkładać rurę w tchawicę, wlewać tony lekarstw w pacjenta. Jak to powiedział jeden z moich 4 kierowników specjalizacji (tak! zawirowania wewnątrz zespołu wpływają na biednego rezydenta, ale przeżyłam te zmiany :p ): znieczulenie ogólne to wystarczy wyszkolić małpę i będzie robić – to żart oczywiście; to człowiek, który mnóstwo zrobił dla znieczulenia zewnatrzoponowego oraz leczenia bólu w Polsce. Chodzi o pewną finezję, którą wprowadza się w zawód lekarza, która odróżnia nas od rzeźników.

Myśleć. Nie spoczywać na laurach, tylko zadawać nieustannie pytanie “dlaczego”, “jak”… Szukać odpowiedzi w publikacjach, w badaniach naukowych, wracać do podstaw medycyny. Słuchać doświadczeń innych, dyskutować. Żadne z nas nie pozjadało wszystkich rozumów. Medycyna rozwija się bardzo dynamicznie, “wiemy” coraz więcej. Nadążajmy za jej zdobyczami. Gdy w zespole uczymy się nawzajem, szkolimy siebie i innych, czujemy, że w naszych lekarskich kaburach jest więcej narzędzi do pomagania pacjentom. Intuicja jest oczywiście nieodłącznym elementem naszego działania, ale niech nie będzie jedynym. Umiemy/Wiemy więcej – humor się poprawia. Nauczyliśmy kogoś tak, że teraz i on umi – humor jeszcze lepszy. No i duch w narodzie rośnie gdy naród może się pointegrować, słuchając razem wykładów i wcinając razem obiadek, za który zapłaci ktoś inny ;).

Tutejszy zespół szpitalny nie ma edukacji medycznej. Mało kto ma skończone liceum. Są przyuczeni do wykonywania swoich obowiązków przez poprzednich zarządców szpitala. Mówienie o procentach, chemii, fizyce, ciągu przyczynowp-skutkowym, algorytmach przy stole operacyjnym – może się okazać, że to nie najlepszy pomysł, bo po prostu tylko 1 strona rozmowy wie o co chodzi. Podczas przygotowywania prezentacji w Polsce zawsze mówi się: “Opowiadaj tak, żeby osoba nie mająca związku z Twoją dziedziną zrozumiała Twoje przesłanie”.

Ten tydzień nie obfituje tak licznie w operacje jak poprzednie (wieść po mieście nie rozeszła się odpowiednio + inne kwestie organizacyjne niezależne od nas), dlatego na poniedziałek zaplanowaliśmy formację = lekcje/warsztaty dla tutejszych pracowników.

Zaczęliśmy oczywiście od zebrania pod daszkiem oraz wspólnego posiłku przygotowanego przez szpitalną kucharkę: gozo (=klucha ze zmielonego manioku, mam nadzieję napisać kiedy indziej post o jedzeniu) + kawałek ryby.

Po napełnieniu brzuszków w ramach sjesty czas na wykłady, wtedy wiadomo, słucha się najlepiej ;).

Chirurdzy:

Podstawowe zasady higieny i przygotowania pacjenta do operacji. Ropnie. Jak rozpoznać, gdzie nacinać, jak nacinać, jak sprawdzać dokąd wędruje, płukać, zmieniać opatrunki.

Ja: 1. Koncentrator tlenu (tlen jest w powietrzu, potrzebny do życia + chory człowiek potrzebuje więcej + koncentrator nie ma butli w sobie + nie doda siły do oddychania, ale polepszy powietrze + dawaj każdemu do dużej operacji, a zwłaszcza rodzącej) + zajęcia praktyczne.

2. Kardiomonitor (to TYLKO monitor, pomaga widzieć co jest, ale nie zastąpi myślenia; weryfikuje to co badamy fizykalnie, nie gap sie na niego tylko gap się na pacjenta + czasem na monitor) + zajęcia praktyczne. My mamy smartphone’y sprzedawane bez instrukcji obsługi, bo są “intuicyjne”. Musimy pamiętać, że nie dla każdego jest oczywiste, że żeby włączyć urządzenie, trzeba nacisnąć największy i kolorowy guzik. No i trzeba nie bać się nacisnąć ten guzik.

Jak z wprowadzaniem w życie przedstawionej wiedzy? Zobaczymy. Na pewno Stani i Ferdinand, którzy tu znieczulają, cieszą się z gadżetów (jak każdy anestezjolog ;D).

Chirurdzy zapowiedzieli również zajęcia praktyczne z leczenia ropowicy, ale brzuszki były pełne, trzeba było się przenieść do sali zabiegowej i wiadomo – zostały tylko 2 osoby… A to kurcze ogromna ropowica! Ja takiej nie widziałam, ale na Kasi i Pawle, nie zrobiła wielkiego wrażenia – oni są twardzi. Pani Pigmejka od tygodnia chodziła z brzęknącym przedramienia i udem, rosnącym coraz bardziej. Pewnie coś ją ugryzło. Od razu myślę o tym wszystkim, co może być uszkodzone przez taki naciek zapalny w ręce – ścięgna, stawy, nerwy… na pewno będzie miała duży kłopot z tą ręką, ale przynajmniej przeżyje. Chirurdzy spisali się na medal.

Dziś pacjentka Therese: Plastyka przepukliny udowej z wszczepieniem siatki + usunięcie dużego tłuszczaka okolicy dołu biodrowego (rozpoznanie wstępne tutejszego felczera: przepuklina na brzuchu). W PL: Paaaanie, to dwie choroby osobne, nie rozliczymy! Wytniemy jedną chorobę, a na drugą to pan przyjdzie za miesiąc ;).

W międzyczasie konsultacje: jupii, mamy pacjenta na jutro! + znalazłam u innej pacjentki mięśniaka macicy w USG :).

Przed wyjściem ze szpitala poszłam sprawdzić jak idzie Therese trzeźwienie z narkozy. Pilnująca jej pani powiedziała coś w stylu: “Ej, białaska przyszła”… Therese trzeźwieje prawidłowo, mówi, że jest ochrzczona etc., więc białaska zmyka do domu. Ciao!

P.S. Stani ma szpanerskie buty szpitalne – na zdjęciu. Do tej pory imponował mi klapkami a’la Kubota z małpkami. Nie ma to jak wtyki za granicą dzięki żonie 😉

1/3

W piątek mieliśmy zajmować się kolejną operacją tarczycy. Niestety – narzędzia potrzebne do operacji owszem trafiły do autoklawu (służy do sterylizacji), ale nie zostały przedtem należycie umyte, więc operację przełożono na sobotę. A Warszawka robi problemy, gdy pani manicurzystka nie otwiera na oczach klientki/klienta zestawu do wycinania skórek…

Pani (chyba Naomi – upewnię się jutro) została zoperowana z sukcesem wczoraj (kolejna niespodzianka dla chirurgów związana z wolem – komunikacja z przełykiem, ale dali sobie świetnie radę). Dziś z uśmiechem i ironicznym wyrzutem na popołudniowym obchodzie (niedziela – 1 obchód robimy) powiedziała: “Ej, dlaczego teraz dopiero przyszliście? Czekam na Was od rana.” Czyli wszystko gra, jutro usunięcie drenu.

Jak są puste przebiegi (standby chirurgiczny) to wiadomo, że będzie urgens – tak wywróżył Paweł, więc po odwołaniu piątkowej operacji i napełnieniu brzuchów bananami smażonymi w głębokim tłuszczu (aaaa!) zajęliśmy się czekaniem. No i się doczekaliśmy: cięcie cesarskie.

Jesteśmy do pomocy przy wszystkich zabiegach, jeśli tylko jest taka potrzeba. Ja prosiłam, żeby mnie wołać do cesarskich cięć. Kobiety tu są twarde, rodzą dużo dzieci i czasem długo. Przychodzą do szpitala dopiero jeśli nie mogą urodzić przez 2 dni (czasem wiezione na motorze wiele kilometrów). Są zmęczone, zbolałe, odwodnione. Znieczulane miejscowo (skóra + tk. podskórna; mięsień macicy – już na “żywca”); dodawany dożylnie lek anestetyczno-analgetyczny (na sen + na ból) dopiero po przecięciu pępowiny. Operacje przeprowadza miejscowy ~70-letni felczer, szkolony przed laty przy wojsku francuskim tutaj. Zdecydowanie podziwiamy jego pracę, biorąc pod uwagę brak wykształcenia medycznego, zaplecza, jest sam z pomocnikami przuczonymi.

Tutejszy zespół chirurgiczny przeprowadził już setki cięć cesarskich i robi to sprawnie, więc umówieni jesteśmy, że nie ingeruję za bardzo w ich procedurę, żeby im nie przeszkadzać. Z mojej strony poprosiłam tylko o tlen obowiązkowo każdej pacjentce jako 1sza rzecz na sali operacyjnej (potrzebny i mamie i dziecku połączonemu z nią pepowiną).

Pigmejka (39kg razem z brzuchem!) przyprowadzona po szpitala w trakcie porodu, brak możliwości urodzenia drogami natury, zakwalifikowana do cięcia. Operował monsieur Major z asystentem, ja znieczulałam, E & K & P kibicowali. Szybkie wydobycie dziecka – w ręce pielęgniarki, szybkie porządki w polu operacyjnym: duża utrata krwi, ale ponoć OK jak na tutejsze warunki, lek obkurczajacy macicę bezpośrednio do mięśnia, szycie cięcia w poprzedniej bliźnie, OK.

Dziecko zważono: 1800-1900g (sprawdzę jutro)! To mała masa urodzeniowa w Polsce. Wymaga dużej uwagi. Dostało piękny kocyk + czapeczkę handmade in Poland doctor’s gifted hands i w oczekiwaniu na mamę poszło w objęcia pacjentki z wolem tarczycy “przerzuconej” na następny dzień – tak, tutaj w szpitalu pilnują siebie nawzajem pacjenci i ich osoby bliskie. I to tyle co mogliśmy zrobić.

Następnego dnia na porannym obchodzie: pani Pigmejka dochodzi do siebie, natomiast dziecko nie przeżyło nocy. Myślę… niewydolność oddechowa.. Nawet nas nie wołali. Podobnie, jak 1/3 żywo urodzonych dzieci tu – nie dożywają wieku dorosłego. Opieka w ciąży, okołoporodowa, infekcje, niedożywienie! Nie ma opcji opieki neonatologicznej… Ciekawe, czy kiedyś ten ułamek dałoby się zmniejszyć.. nie ma chyba czegoś takiego jak oswojenie ze śmiercią, ale jest jej tu po prostu więcej. I tyle.

Pod tym względem mimo wszystkich świństw jakie niesie ze sobą cywilizacja, mamy ogromnego farta, że urodziliśmy się w kraju “rozwiniętym” (choć czasem patrząc na to co robimy sobie nawzajem, wydaje się, że bliżej nam do zwierząt, choć one trochę mniej mylą sobie nawzajem oczy). Oszukujemy ten twardy system, że tylko najtwardsi przeżyją.

Na zdjęciu – zielenina, którą pasie nas ksiądz Marek, goszcząc w progach parafii, pomagając w kwestiach technicznych i nie tylko 😉 oraz wysłuchując relacji z naszych codziennych zmagań. Do tego mrówki cwaniary złapane na gorącym uczynku podczas podjadania z kociej miski. Lamusy z tych kotów, było nie zostawiać na później.